- Świetna, typowo “bondowska” opowieść, która spokojnie mogłaby być kolejnym filmem
- Młody, zawadiacki Bond to strzał w dziesiątkę
- Dobrze dobrani aktorzy i świetnie zagrane role
- Doskonale budowane napięcie, w którym czuć esencje tej niezwykłej, szpiegowskiej serii
- Niesamowicie satysfakcjonująca rozgrywka będąca mieszaniną Hitmana i Uncharted
- Widowiskowy system walki ze świetnym, rozbudowanym strzelaniem
- Ciekawe gadżety Q, które potrafią niekiedy zmienić przebieg tej samej misji
- Świetnie przygotowane miejscówki rozsiane po całym świecie
- Niezła oprawa wizualna i niemal doskonałe udźwiękowienie
- Kapitalny klimat rodem z filmowych przygód Jamesa Bonda
- Wyjątkowo długie (jak na dysk SSD) ekrany ładowania po śmierci postaci
- Momentami chaotyczna i problematyczna walka na pięści
- Wciśnięci na siłę słynni influencerzy
- Czasem wyjątkowo irytujące błędy techniczne
Dacie wiarę, że najsłynniejszy szpieg w historii kina swój ostatni występ na komputerach i konsolach miał niemal 14 lat temu? A przecież mogłoby się wydawać, że James Bond to wręcz idealny materiał na przygodową grę akcji, która z miejsca odniesie sukces. Niestety, 007 Legends z 2012 roku pokazało, że nawet tak potężną markę da się totalnie „położyć”. Pewnie dlatego od ponad dekady prawie nikt w branży gier tematu Bonda nie ruszał – aż do teraz. I choć pomysł, by postawić na młodego, zupełnie niedoświadczonego przyszłego agenta 007 zamiast jego charyzmatycznej wersji pokroju Seana Connery’ego czy Daniela Craiga, mógł wydawać się ryzykowny, ostatecznie dostaliśmy chyba najlepszego growego Bonda w historii. Jak to możliwe, zapytacie? Cóż…
Co ciekawe, nowe przygody najsłynniejszego agenta Jej Królewskiej Mości debiutują w momencie, gdy Amazon – który rok temu przejął kreatywną kontrolę nad marką 007 – nadal nie znalazł nowego aktora, który mógłby wcielić się w tę rolę w przyszłych filmach. Gra stawia tymczasem na Patricka Gibsona – aktora, który mimo całkiem sporego dorobku filmowo-serialowego, raczej szczególnie rozpoznawalny nie jest. Czy to źle? Bynajmniej, nowa twarz przy nowym otwarciu dla tej serii gier to całkiem zgrabny wybór.

007 First Light – co to jest za gra?
Choć pewnie niejeden growy dinozaur najchętniej zobaczyłby nowego Jamesa Bonda w czymś na kształt legendarnego Alpha Protocol – szpiegowskiego miksu gry akcji i RPG-a – 007 First Light to jednak dużo bardziej klasyczna przygodowa gra akcji. I wbrew pozorom nie jest to wcale zła wiadomość. Bo choć pewne podobieństwa do serii Hitman jak najbardziej da się tu zauważyć (w końcu za oboma tytułami stoi to samo studio – IO Interactive), to pod względem fabuły i budowania napięcia, przygody młodego agenta 007 to zupełnie inna produkcja.

I trudno się temu dziwić – nowy Bond musiał zachować swoją charakterystyczną, filmową tożsamość. Nie bez powodu wiele osób porównuje więc 007 First Light do serii Uncharted, w której akcja potrafi pędzić na złamanie karku i którą ogląda się niemal jak wysokobudżetowy film przygodowy. W nowym Bondzie działa to bardzo podobnie. Mamy tu hollywoodzki rozmach, dynamiczne pościgi i spektakularne starcia z przeciwnikami. Mamy też przerywniki filmowe, które spokojnie mogłyby trafić do kinowych odsłon przygód agenta 007. A wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Że mimo pozornie znanych schematów rozgrywki twórcom udało się wpleść w zabawę nie tylko ikoniczne, bondowskie gadżety, ale też cięty humor i licencję na zabijanie, która aktywuje się w najbardziej kryzysowych momentach.


007 First Light – ile trwa przejście gry?
Dość klasycznie dla tego typu produkcji, czyli 15-20 godzin, choć oczywiście sporo zależy tu od naszego stylu rozgrywki. Jeśli jesteście typem eksploratora, który chce poznać wszystkie najdrobniejsze smaczki gry, to 007 First Light powinien zapewnić Wam kilka dodatkowych godzin dobrej zabawy. I nie chodzi tylko o sporą liczbę najróżniejszych znajdziek. W grze znalazły się także modne ostatnio dodatkowe misje bojowe rozgrywane w symulatorze – coś podobnego widzieliśmy już choćby w Pragmata.

W TacSim, czyli inaczej Tactical Simulation, możemy jednak poćwiczyć przed dalszą rozgrywką, bo znalazły się tu również specjalne misje szkoleniowe. Esencją tego trybu zabawy są jednak rozgrywane ponownie misje fabularne, stąd też lepiej zostawić sobie tę część gry na sam koniec, już po ukończeniu całej przygody.


Bond pisany na nowo, czyli o czym opowiada 007 First Light
Pamiętacie, jak zaczyna się niemal każdy Bond? Od mocnego i bardzo widowiskowego uderzenia – hitchcockowskiego trzęsienia ziemi, po którym napięcie ma już tylko nieprzerwanie rosnąć. Nowa gra kontynuuje tę tradycję, idealnie wpisując się w znany schemat. Ba, jest tu nawet wyjątkowo płynne przejście z prologu do tytułowej piosenki. Swoją drogą to chyba jeden z najlepszych utworów w historii całej filmowej serii.

Nowa opowieść zaczyna się dość banalnie – od tajnej akcji elitarnego oddziału SAS na Islandii, która zakończyła się sromotną porażką. Z całej grupy przy życiu pozostał jedynie James Bond. I nie, nie jest to żaden szpieg, ekspert od broni z licencją na zabijanie. To młody, niedoświadczony kadet – załogant helikoptera, któremu cudem udało się przeżyć, a teraz musi samotnie walczyć o przetrwanie w surowym, islandzkim klimacie i z bandą najemników na karku.

Do gry szybko dołącza jednak MI6, które monitorując całą akcję, zleca naszemu wyziębionemu bohaterowi przeprowadzenie misji rozpoznawczej w przejętym kompleksie badawczym. A że to niemal „Mission Imposible”, a James Bond i tak wychodzi z niej cało, pojawienie się propozycji pracy dla brytyjskiego wywiadu wydaje się całkiem logiczne. Nie liczcie tu jednak na nagły przeskok fabularny i magiczne pojawienie się agenta 007, jakiego znamy. Młody Bond na swoje dwa zera musi zapracować. Obserwujemy więc jego wielomiesięczne szkolenie, bierzemy udział w grach terenowych, treningach walki wręcz, wyścigach, a nawet misjach testowych. Poznajemy też nowego Q i otrzymujemy dostęp do słynnych bondowskich gadżetów.


Intryga stopniowo się jednak zagęszcza. Pojawia się zbuntowany agent 009, który chce przekazać agencji cenne informacje, po czym pozornie prosta misja zmienia się piekło, w którym giną ludzie. Kariera Bonda wisi na włosku. A właściwie wisiałaby, gdyby nie bardzo niebezpieczni ludzie, którzy postanowili wziąć go na celownik. Pojawia się też tajemnicza kobieta, która pomaga nam rozwikłać całą zagadkę… i osiągnąć własne, nie do końca jasne cele.


Co najlepsze, w żadnym momencie tej historii nie czujemy, że coś nam jest tutaj wciskane na siłę. Jasne, niektóre rzeczy są do przewidzenia, ale ogólnie całość sprawia wrażenie dobrze przemyślanego scenariusza, z odpowiednimi twistami fabularnymi i świetną grą aktorską. Młody Bond w wykonaniu Patricka Gibsona szybko daje się polubić, a chemia między nim a resztą obsady (na czele z Moneypenny, Greenwayem i Q) robi tu fantastyczną robotę.

Świat to za mało, czyli jak gra się w 007 First Light?
Pewnie pomyślicie sobie teraz „co to za głupie pytanie, przecież wcześniej napisałem, że to połączenie Hitmana z Uncharted”. W zasadzie to prawda, bo mamy tu przecież swobodną eksplorację w poszukiwaniu śladów, ciche przekradanie się za plecami przeciwników, walkę na pięści, pościgi samochodowe i strzelaniny. Czym byłby jednak nowe przygody Jamesa Bonda bez charakterystycznych szpiegowskich gadżetów. Nie da się ukryć, że to one nadają rozgrywce specyficznego klimatu. W końcu w ilu grach możemy oślepić wroga laserem, odciągnąć go z posterunku uruchamiając jakieś urządzenie elektroniczne albo spowodować spięcie, które porazi go prądem.

W asortymencie Q znalazła się bowiem nie tylko ikoniczna Omega – która tym razem pozwala widzieć przez ściany i zaznaczać istotne przedmioty i urządzenia, ale także cały szereg ofensywnych sprzętów pokroju wyrzutni strzałek, laserowego paska do zegarka czy bomb błyskowych. I co najlepsze, aktualnie posiadane przez nas gadżety (na misje początkowo możemy wziąć tylko dwa) mogą znacząco wpłynąć na przebieg całego zadania zmuszając nas do bardziej agresywnego podejścia.

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by podejść do gry bardziej „skradankowo”. Można obchodzić przeciwników, odciągać ich uwagę i eliminować po cichu. W niektórych sytuacjach możemy też skorzystać z opcji blefu czy „zastosowania się” do poleceń przeciwników, by nie spalić przykrywki. Każde takie działanie, podobnie jak i same gadżety, potrzebuje „doładowywania”, bo nie da się z nich korzystać bez ograniczeń. A co, gdy nie mamy pod ręką żadnych urządzeń elektrycznych i chemikaliów, które „zasilą” nasze sprzęty? Wówczas zostaje jeszcze stara, dobra bitka.

Wierzcie lub nie, ale w 007 First Light częściej w ruch idą pięści niż broń palna. Strzelaniny możliwe są jedynie wtedy, gdy naszemu bohaterowi grozi realne niebezpieczeństwo w postaci uzbrojonych przeciwników. Wówczas aktywuje się tryb licencji na zabijanie, w którym młody Bond zyskuje możliwość podnoszenia i używania broni. Co ciekawe, gra pozwala nie tylko na eliminację wrogów, ale też na ich rozbrajanie – wystarczy jeden celny strzał w dłonie, by broń poszybowała w powietrze… i wylądowała w naszych rękach, o ile tylko jesteśmy wystarczająco blisko.

Walka wręcz jest prosta. Mamy cios, unik, szarżę, blok i chwyt. Niewiele, prawda? A jednak twórcom udało się wycisnąć z tego całkiem sporo. W czasie walki Bond wykorzystuje elementy otoczenia do zadawania obrażeń – może widowiskowo przejechać głową przeciwnika po blacie stołu, uderzyć nią o drzwi, a nawet rzucić wrogiem o ścianę. Przy dobrych wiatrach (i niezłym opanowaniu) walka na pięści potrafi zachwycić płynnością i widowiskowymi wykończeniami. Niestety, zdarza się też – i to całkiem często – że właśnie przez te starcia będziecie kląć pod nosem. Dlaczego? O tym za chwilę.

Dobra wiadomość dla fanów Bonda – gra rzuca nas po całym świecie. Kolejne misje rozgrywamy między innymi w Mauretanii, na Słowacji czy w centrum Londynu. Nie wszystkie miejscówki są równie duże, ale każda została wyjątkowo pomysłowo zaprojektowana. Stawiane przed nami zadania mają nierzadko więcej niż jedną okazję do ich wykonania. By je poznać konieczne jest jednak znalezienie odpowiednich wskazówek. Mogą to być podsłuchane rozmowy albo znalezione ślady. Gra nagradza w ten sposób swobodną eksplorację.

007 First Light do poprawki, czyli co może doprowadzić nas do szewskiej pasji
Niestety, nie ma róży bez kolców. Choć 007 First Light prezentuje naprawdę wysoki poziom pod względem zarówno wykonania, jak i optymalizacji, nie obeszło się bez mocno irytujących wpadek. Ja rozumiem, że gra skupiona na fabule może nie oferować swobodnego zapisu postępów, ale dlaczego sejwy potrafią przerzucać nas w miejsca do których jeszcze nie dotarliśmy? Nie raz zdarzyło mi się, że po śmierci podczas walki, moja postać pojawiała się na drugim końcu pomieszczenia. Co więcej, każda śmierć oznacza tu konieczność czekania na załadowanie się gry nawet 20 sekund. Trochę to dziwne, skoro w PS5 mamy dysk SSD.

Walka wręcz też bywa niesamowicie irytująca. Raz, że przy większej liczbie przeciwników zaczyna panować totalny chaos, a dwa – że gra nie zawsze rejestruje blokowanie ciosów przez co zginąć w 007 First Light jest dość łatwo. Niestety, czasem dają też o sobie znać błędy techniczne – a to przeciwnik zawiesi się w jakimś obiekcie, a to znowu nasza postać stanie w bezruchu na kilkanaście sekund nie reagując na przyciski kontrolera. Wierzcie lub nie, ale przy tak frustrujących bugach ci wszyscy wciśnięci na siłę słynni influencerzy, którzy załapali się na krótkie cameo (łącznie z Khaby Lame), to najmniejszy problem tej gry.

Tylko dla Twoich oczu… i uszu, czyli oprawa 007 First Light
Nie ma co zaprzeczać – od strony wizualnej nowy Bond naprawdę błyszczy. Trudno uwierzyć, że to nadal Glacier – silnik pamiętający jeszcze ostatnie odsłony Hitmana. Oczywiście nie obyło się bez mocnej jego przebudowy, ale efekt momentami potrafi zachwycić. Szczególnie dobrze wypadają tu oświetlenie i efekty cząsteczkowe, ale i na szczegółowość postaci nie ma co narzekać. Nie jest to może poziom Resident Evil Requiem, ale spójrzcie tylko na postać Bawmy, graną przez Lenny’ego Kravitza – jego mimika i detale twarzy momentami robią naprawdę świetne wrażenie.

Duże brawa należą się też za udźwiękowienie gry, choć tu największą robotę robi znakomity dubbing. I nie tylko Patrick Gibson jako młody Bond wypada niesamowicie wiarygodnie, bo i Lennie James jako John Greenway czy Alastair Mackenzie jako kwatermistrz Q potrafili udźwignąć ciężar swoich postaci, prezentując prawdziwy kunszt aktorski. I właśnie dzięki nim scenki fabularne ogląda się tutaj bardziej jak film szpiegowski niż typowe, growe przerwniki filmowe.

007 First Light – czy warto zagrać?
Tym razem odpowiedź jest prosta – jeśli lubicie Bonda i szpiegowskie klimaty to w 007 First Light zagrać po prostu trzeba. Dawno nie było tak dobrej produkcji z tej legendarnej serii. Pomimo początkowych obaw młody, zawadiacki Bond jako początkujący dopiero agent 007 okazał się strzałem w dziesiątkę.

Co najważniejsze 007 First Light nie próbuje kopiować dawnych filmów ani udawać kolejnego Hitmana, tyle że ze szpiegowskimi gadżetami. To całkowicie nowe otwarcie dla growego Bonda – odważniejsze, młodsze i momentami zaskakująco świeże. I chyba właśnie tego potrzebowaliśmy tu najbardziej.












