Zaraz pewnie posypią się gromy – jak to „gramy”? Przecież Dune: Awakening ma już ponad rok, więc to żadna nowość. Tak, to prawda. Tyle że właśnie teraz ta gra nabrała dla mnie znacznie więcej sensu. W zeszłym roku dostaliśmy mieszankę survivalu i MMO, która choć czarowała niesamowitym klimatem pustynnej Arrakis, potrafiła też odrzucić mocno konfrontacyjną rozgrywką sieciową w końcowym etapie zabawy. Dlatego w 2025 roku Dune: Awakening sobie odpuściłem. MMO zwyczajnie mi się już przejadły. Tym bardziej szkoda, bo świat Diuny od dawna prosił się o porządną przygodę, którą można byłoby przeżywać samemu. Twórcy chyba usłyszeli narzekania takich dinozaurów jak ja, bo Dune: Awakening właśnie dostaje drugie życie. Gra trafia na konsole, a wraz z potężną aktualizacją zyskuje pełnoprawny tryb dla jednego gracza, bardziej rozbudowaną fabułę i zmiany, które sięgają znacznie dalej niż kilka cyferek w balansie rozgrywki. Czyżby Funcom zrobił z Dune: Awakening grę, na którą od początku czekałem?
Dune: Awakening wreszcie jako samotna przygoda
Dla tych, którzy w zeszłym roku podobnie jak ja machnęli ręką na sieciowe Dune: Awakening, krótkie przypomnienie – ta gra nie przedstawia historii Paula Atrydy, późniejszego Muad’Diba. W tej opowieści nigdy się nie narodził. Nie było też sromotnej klęski Atrydów podczas oblężenia Arrakin, bo zdrajca – doktor Yueh, został wcześniej spacyfikowany.

Wojna wciąż się toczy, Freemeni zniknęli, oficjalnie uchodząc za wybitych, a Sardaukarzy przeczesują pustynię w poszukiwaniu niedobitków i uciekinierów. Sami przyznacie, brzmi to naprawdę nieźle – niemal jak dobry początek intrygującej gry fabularnej. Szczególnie że nasz bohater bądź bohaterka – w zależności od tego co wybierzemy sobie w kreatorze postaci – to nikt ważny. Ot, bezimienny więzień, który zostaje wysłany na Arrakis przez zakon Bene Gesserit, by po cichu odszukać ocalałych Freemenów.

Jednak zarys historii tutaj się nie zmienił. Potężna zmiana to możliwość wyboru, czy chcemy przeżyć tę przygodę samotnie czy w trybie wieloosobowym. Ba, w tym pierwszym możemy nawet dokładnie dostosować poziom trudności do własnych preferencji, upraszczając sobie walkę czy dorzucając więcej punktów doświadczenia za wykonane zadania. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że twórcy nie poprzestali jedynie na usunięciu z naszej gry innych graczy. By ta zmiana w ogóle miała sens, trzeba było też zmodyfikować elementy, które wcześniej opierały się na aspekcie sieciowym.


I tak na przykład Landsraad, który w trybie wieloosobowym był jednym z kluczowych systemów polityczno-gospodarczych i który dzięki decyzjom wszystkich graczy przynosił korzyści tym, którzy wspierali dany ród, tym razem symuluje rywalizację frakcji. Dzięki temu wciąż możemy czuć się tutaj jak trybik w maszynie, który co jakiś czas dokłada swoją cegiełkę do tego wyścigu.

Najważniejsza jest tu jednak fabuła, która przy okazji konsolowej premiery doczekała się wreszcie wielkiego finału. I trzeba twórcom oddać, że potrafią budować napięcie, nawet w tak zdawałoby się surowym i opuszczonym świecie, jak Arrakis. Kolejne misje głównego wątku opatrzone zostały całkiem klimatycznymi przerywnikami filmowymi, a i sama rozgrywka potrafi momentami wywołać gęsią skórkę. Pierwsze niepewne kroki po pustyni i obserwowanie wskaźnika zagrożenia ze strony czerwi pustyni z pewnością zapadną Wam tu w pamięć. A jeśli do tego gdzieś niedaleko Was nagle z rykiem wyłoni się z piasku taki gigant to skok adrenaliny macie murowany.

Sam cudem przeżyłem takie spotkanie, gdy po zbudowaniu sobie motocykla piaskowego, stwierdziłem, że nie muszę już szukać drogi od skały do skały i zamiast tego postanowiłem poszusować po otwartych piaskach. Tyle że większa maszyna równa się większe wibracje. Efekt? Czerw najpierw wyskoczył niedaleko mnie, by chwilę później pojawić się tuż za mną z otwartą paszczą. Włosy stanęły mi dęba, a w duchu pomyślałem sobie „no to koniec!”. Bo musicie wiedzieć, że i trybie solo (o ile tego nie zmienicie w ustawieniach) pożarcie przez Shai-Huluda oznacza utratę wszystkich niesionych ze sobą przedmiotów.
Myślicie, że szarżujący czerw to nic nadzwyczajnego, bo takie rzeczy w tej grze to norma? Jasne, ale ile razy zdarzyło się Wam zaraz po takim spotkaniu trafić prosto w wiązkę skanującą statku patrolowego Sardaukarów? Ja niestety miałem pecha i musiałem bronić się przed wysłanym za mną oddziałem. I to właśnie w Dune: Awakening jest najlepsze – takich klimatycznych przygód w tej grze jest całe mrowie.

Survival RPG? Fajnie by było, ale… nie
Choć zmian w Dune: Awakening jest naprawdę sporo, a tryb dla jednego gracza faktycznie zwiększa immersję – w końcu pustynie Arrakis powinno się poznawać samotnie – ten tytuł to wciąż przede wszystkim rasowy survival. Zbieramy zatem najróżniejsze surowce, badamy zdobyte schematy, budujemy swoją bazę i dbamy o jej wyposażenie. Cały czas musimy też myśleć o przetrwaniu – nieznośny skwar z czasem powoduje odwodnienie, a przegrzanie organizmu to prosta droga do szybkiej śmierci. Dlatego tak ważny jest rozwój naszej postaci, bo każde wykonane zadanie, pokonany wróg czy wypełniony kontrakt w pewien sposób otwiera nam dostęp do coraz to nowych przedmiotów – od broni i akcesoriów, po stroje i najróżniejsze maszyny. Wierzcie mi, bez dobrego filtrfraka zapuszczanie się w głąb pustyni skazane jest na szybką porażkę. O próbach wydobycia przyprawy na gołych piaskach w późniejszych etapach gry już nawet nie wspominając.

Oczywiście dodając tryb dla jednego gracza twórcy w magiczny sposób nie pozbyli się sieciowych korzeni gry. Nadal znajdziemy tu typowe dla tego gatunku misje, w których musimy coś komuś dostarczyć, coś dla kogoś zbudować bądź wyeliminować jakieś cele. Jakaś cząstka fabularnego erpega wciąż jednak drzemie w Dune: Awakening. W końcu mamy tu cztery dostępne na początku szkoły rozwoju postaci – mentata, Bene Gesserit, mistrza miecza i żołnierza. Później dochodzi jeszcze piąta, o ile wykonamy misje dla pewnej postaci. I każda z tych szkół ma swoje własne drzewko umiejętności, które odblokowujemy za zdobyte punkty. Nie jesteśmy jednak przy tym ograniczeni tylko do początkowo wybranej klasy. Dzięki temu możemy swobodnie dobierać pasujące nam zdolności na przykład zmniejszając zużycie kondycji podczas wspinaczki na skały.

Takie żonglowanie umiejętnościami przydaje się też w walce, szczególnie jeśli preferujemy bardziej widowiskowe starcia bronią białą. Zresztą czasem będziemy wręcz na nią skazani, gdy naprzeciw nam staną przeciwnicy posiadający tarcze. I tak oto wracamy do początku, czyli typowego survivalu, bo bez niego nie tylko nie wytworzymy nowego, silniejszego oręża, ale też w razie potrzeby nie zdołamy się uleczyć czy uzupełnić utraconej wilgoci.

A jak to wszystko działa na konsoli?
Zadziwiająco dobrze. Twórcy zostawili nam wybór między trybem wydajności i jakości. W tym pierwszym gra celuje w 60 klatek na sekundę, choć aby to osiągnąć korzysta z generowania klatek. W drugim priorytet ma lepsza grafika, a płynność animacji celuje w 30 klatek na sekundę. W obu przypadkach rozdzielczość 4K jest dynamiczna. Co ciekawe, na PlayStation 5 Pro, na którym grałem, różnica nie ogranicza się wyłącznie do wyższej rozdzielczości. Do osiągnięcia 60 klatek gra nie potrzebuje już generowania klatek, a tryb jakości przynosi też pewne dodatkowe ulepszenia graficzne.

Ktoś powie pewnie teraz „ale co tu poprawiać – przecież to tylko skały i pustynia”. No nie do końca. Mamy tu przecież ukryte głęboko pod ziemią bazy imperialne, rozbite statki kosmiczne, starożytne ruiny i posterunki złomiarzy. Mamy też występujące co jakiś czas burze piaskowe, które złowrogo zakrywają niebo tumanami piasku, zwiastując niebezpieczeństwo. Ale to i tak nic przy Kurzawach Coriolisa, które przetaczają się przez Głęboką Pustynię. Na szczęście w trybie solo nie niosą już ze sobą takich konsekwencji jak w multi, gdzie każde ich przejście oznacza całkowity reset mapy.

W moim osobistym rankingu zjawisk, które wywołują gęsią skórkę na plecach, pierwsze miejsca i tak zajmują jednak wyłaniające się z piasku czerwie pustyni, wiszący nad Arrakis gigantyczny okręt Gildii Kosmicznej i co jakiś czas rozbijające się o powierzchnię planety statki kosmiczne, których wraki można potem splądrować. Gdy pierwszy raz byłem świadkiem takiego zdarzenia, akurat meblowałem swoją bazę. Wstrząs był tak potężny, a dźwięk, który temu towarzyszył, tak przerażający, że z miejsca wybiegłem zobaczyć, co się stało. Przebywając w tym czasie na pustyni, można wręcz poczuć przemieszczającą się falę uderzeniową. I właśnie tak powinno się budować atmosferę.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o sterowaniu. Dune: Awakening najpierw trafił na PC, gdzie różne systemy, drzewka rozwoju i skróty bez problemu obsługuje się myszką i klawiaturą. Na szczęście twórcy nie poszli tu na łatwiznę i na potrzeby wersji konsolowych tak przemodelowali cały interfejs, by dało się wygodnie obsłużyć go gamepadem. Do niektórych rozwiązań i kombinacji trzeba się co prawda przyzwyczaić, ale po kilku godzinach zabawy większość czynności wykonuje się już całkiem naturalnie.

Czy to już Dune, na które czekałem?
Może nie jest to jeszcze dokładnie taki Dune, o jakim od lat marzyłem, ale Awakening w obecnej formie miło mnie zaskoczyło. Okazało się bowiem znacznie bliższe mojej wizji niż się spodziewałem. Niesamowicie klimatyczna pustynia, którą przemierzamy samotnie z duszą na ramieniu, wypatrując znaków nadchodzącego czerwia, walki wielkich rodów, intrygi i czająca się w tle tajemnica zniknięcia Freemenów – to wszystko buduje tak sugestywną atmosferę, że po kilkudziesięciu godzinach gry wciąż mam ochotę wracać do tego niezwykłego świata. Nawet jeśli wiąże się to z bieganiem od skały do skały, zbieraniem surowców i podkradaniem łupów różnym pustynnym bandziorom. Rok temu, zmęczony MMO, nie miałem większej ochoty dawać tej gry szansy. Dziś po prostu chcę dalej przemierzać Arrakis.











