Wiecie, że Hunt: Showdown to jeden z pionierów gatunku extraction shooterów? Ten niecodzienny tytuł debiutował co prawda już po słynnych Strefach Mroku w pierwszym The Division i po otwartych beta testach bardzo hermetycznego Escape from Tarkov, ale jako jedyny obrał sobie zupełnie nietypowe XIX-wieczne klimaty – z potworami rodem z sennych koszmarów, zardzewiałymi rewolwerami, dyliżansami i walką na gnijących bagnach Luizjany. Ale tak było kiedyś – dziś to już nieco inna gra. I nie chodzi tylko o to, że stojący za nią Crytek w 2024 roku zafundował jej potężną metamorfozę, zmieniając nazwę właśnie na Hunt: Showdown 1896 – teraz mamy gruntownie zmodernizowany silnik i nową mapę w górzystym Kolorado. Najnowsza aktualizacja Blood Testament dorzuca jednak do tego jedno z najbardziej klimatycznych i bezkompromisowych wydarzeń sezonowych w historii tej gry. I aż chciałbym teraz napisać niczym Juliusz Cezar, że i ja „wszedłem, zobaczyłem, zwyciężyłem”. Tyle że… tu się tak nie da. Hunt: Showdown 1896 to wciąż bezwzględny extraction shooter, który nie wybacza błędów. Ale ten klimat…. Ten klimat jest absolutnie nie do podrobienia!
Pobierz grę Hunt: Showdown 1896
Co takiego przynosi nowa aktualizacja? A choćby nową składaną strzelbę Burgess. Postarano się także, by nowi i powracają gracze mieli łatwiej, dzięki chwilowemu obniżeniu poziomu podczas dobierania graczy. Innymi słowy – zamiast na starcie trafiać na samych koksów, którzy wymiatają na każdej mapie, gra przez kilka pierwszych meczów stara się łączyć nas z rywalami na podobnym poziomie.
Najważniejszą nowością aktualizacji Blood Testament – i czymś, co sprawia, że podczas gry ciarki przechodzą nam po plecach – jest jednak nowa dynamiczna pora dnia, czyli Krwawy Księżyc (Blood Moon). Był on nagrodą za pierwszy etap wydarzenia społecznościowego Make Them Bleed, w którym gracze wspólnie zbierali punkty za pokonywanie potworów, eliminowanie celów i interakcje ze studniami krwi. „Był”, bo wystarczyło dosłownie kilka godzin, by fani Hunt: Showdown 1896 go odblokowali. Ba, tempo odblokowywania kolejnych poziomów było tak szybkie, że społeczność dotarła już do głównej atrakcji – nowego, potężnego bossa.


Krwioskóry (Bloodskin), bo taką nazwę nosi ta bestia, to wyjątkowy przeciwnik. Nie dość, że posiada pancerz, to jeszcze zadaje potężne obrażenia, nierzadko wywołując krwawienie. A to dopiero początek „atrakcji”, bo Krwioskóry zmienia swój wygląd i zasady działania podczas starcia. W pierwszej fazie musimy pozbawić go pancerza. W drugiej robi się jeszcze ciekawiej, bo nasz krwawy koleżka wpada w szał, zyskując szybkość i możliwość błyskawicznej teleportacji w obłoku krwi. Wszystko to czyni z niego naprawdę spore wyzwanie.


Wracam na bagna… z duszą na ramieniu
Od mojej ostatniej przygody z Hunt: Showdown minęło dobre kilka lat. Pamiętam jednak nerwowe obgryzanie paznokci i włosy jeżące się na plecach na dźwięk kroków, które mogły należeć do łowców z przeciwnej drużyny. Pamiętam też bezwzględny charakter rozgrywki – śmierć naszego bohatera była i jest tu ostateczna, oznaczając najczęściej utratę rozwijanej postaci wraz z całym wyposażeniem. I wszystko potem trzeba rozpoczynać od zera. Pewnie dlatego siadając do odmienionego już Hunt: Showdown 1896 czułem się jakbym stąpał po cienkim lodzie. Śmierć czai się tu bowiem za każdym rogiem.

Po pierwszych kilku meczach byłem jednak mocno zaskoczony. Choć początkowo miałem problemy ze znalezieniem drużyny, przez co decydowałem się na solową przeprawę, spotkania z innymi łowcami wcale nie były tak brutalne, jak mi się wydawało. Uważajcie jednak, bo to bardzo złudne wrażenie. Tak właśnie działa system MMR Decay, który łagodzi powrót do gry po przerwie, zapewniając nam bardziej sprawiedliwe warunki na starcie. W efekcie przeciwko sobie miałem w większości podobnych do mnie nowicjuszy. Poziom trudności dość szybko tu jednak rośnie. Warto więc dobrze wykorzystać dany nam czas na naukę zasad.

Nie musimy się jednak obawiać, że dobranie nam do drużyny graczy, których stroje i wyposażenie sugerują prawdziwych wymiataczy, oznacza automatycznie brutalne zderzenie z rzeczywistością. Tacy kompani dobrze wiedzą, że w Hunt: Showdown 1896 najważniejsza jest współpraca. Samotnie bywa znacznie trudniej, szczególnie podczas starcia z z którymś z bossów. Pokonanie ich uch pestka w porównaniu z tym, co dzieje się, gdy próbujemy wygnać ich z powrotem do piekła. Jak na extraction shooter przystało, w tym momencie stajemy się święcącym na czerwono celem dla przeciwnej drużyny graczy.

Krwawy księżyc, czyli klimat, klimat i jeszcze raz klimat
I właśnie podczas jednego z takich wygnań zrozumiałem, co daje Huntowi nowy Krwawy Księżyc. Dwie jego fazy, które w czasie potyczki potrafią dynamicznie się zmieniać, faktycznie wpływają na samą rozgrywkę. Podczas Intense Blood Moon potwory atakują nas znacznie bardziej agresywnie. Gdy zaś księżyc schowa się za chmurami, a niebo zaczną przecinać rozbłyski piorunów, wrogowie może i nieco normalnieją, ale za to widoczność wyraźnie spada. I obie te fazy przeżyłem, próbując wydostać się z moją drużyną z oblężonego przez przeciwną drużynę kościoła.

Faza wygnania pokonanego bossa trwa kilka minut. Niby niewiele, ale wystarczy, by zjeżyć nam włosy na głowie. W tym czasie nasi przeciwnicy zajmowali pozycje, badając jak dostać się do środka. Takie przeciąganie liny, nadsłuchiwanie kroków, skradanie się do możliwych wejść i oczekiwanie na możliwy atak trwało dobre dziesięć minut. I choć wszystko skończyło się porażką mojej drużyny, było to jedno z najbardziej intensywnych doświadczeń, jakie miałem w grach sieciowych od dawna. I nie tylko dlatego, że cały czas mamy z tyłu głowy, że śmierć może oznaczać bezpowrotną utratę postaci i posiadanego przez nią ekwipunku. Absolutnie fenomenalną robotę robi tu klimat Krwawego Księżyca.

Gęstniejąca z każdą minutą atmosfera, przesiąkająca przez dziury w dachu kościoła czerwona poświata księżyca i każdy, nawet najlżejszy dźwięk dochodzący raz z jednej, raz z drugiej strony – wszystko to buduje w aktualizacji Blood Testament niesamowite napięcie. Może i nieco tutaj przesadzę, ale faktycznie w tamtym momencie zginąłem zachwycony. I właśnie dlatego Blood Moon nie jest tu tylko efektownym filtrem – realnie zmienia tempo i odbiór każdej potyczki.

Czy warto wrócić do Hunt: Showdown 1896?
Jeśli zastanawiacie się, czy aktualizacja Blood Testament totalnie zmienia Hunt: Showdown 1896, to odpowiedź jest prosta – nie! I chyba nawet nie powinna. Hunt musi pozostać Huntem – bezwzględnym, brutalnym extraction shooterem, w którym jeden dobrze wymierzony strzał potrafi wysłać nas do menu totalnie z niczym. Krwawy Księżyc sprawia jednak, że teraz robi to jeszcze bardziej klimatycznie. No i trzeba przyznać, że twórcom udało się sprawić, by powrót po latach (albo i świeży start dla nowych graczy) był teraz znacznie łagodniejszy. Może warto zatem samemu to sprawdzić?











