- Przepotężny, żyjący, w pełni otwarty świat z zapierającymi dech w piersiach widokami
- Niesamowicie przyjemna eksploracja wyraźnie inspirowana ostatnimi odsłonami The Legend of Zelda
- Ogrom najróżniejszych zadań, wyzwań i tajemnic do odkrycia
- Wyjątkowo rozbudowany i bardzo satysfakcjonujący system walki
- Ciekawy system odblokowywania niektórych umiejętności poprzez ich obserwację
- Całkiem pomysłowe zagadki środowiskowe
- Przeogromna ilość najróżniejszych mechanik zaczerpniętych z innych, kultowych produkcji
- Niezła oprawa wizualna, choć w przypadku PS5 efekt ten bardziej widoczny jest na wersji Pro
- Przyjemny dubbing postaci
- Wyjątkowo ślamazarne tempo na początku gry, przez które można się od niej odbić
- Główny wątek fabularny dosłownie „tonie” w całej masie zadań pobocznych
- Chaotyczny sposób narracji, który powoduje, że czasem nie do końca wiemy, o czym tak naprawdę opowiadała oglądana scena
- Mało intuicyjne i niepotrzebne zagmatwane sterowanie
- Nagłe skoki poziomów trudności
- Spora liczba zadań i wyzwań niemal żywcem wyciągnięta z gier MMO
- Konieczność wykonywania różnych aktywności pobocznych, by rozwinąć bohatera i zwiększyć pojemność ekwipunku
- Wołające o pomstę do nieba polskie tłumaczenie (AI), które tylko utrudnia zrozumienie wielu mechanik, z których wiele w ogóle nie ma żadnego wyjaśnienia
- Masa najróżniejszych błędów i niedoróbek, w tym te wyjątkowo irytujące
No to się porobiło – gra, która przez ostatnie miesiące rozpaliła Internet niemal do czerwoności i która, według wielu, miała spore szanse rzucić rękawicę samemu GTA 6, zaraz po premierze musi walczyć z narastającą falą niezadowolenia. Bo choć Crimson Desert okazał się naprawdę potężnym i bardzo ambitnym projektem, jego skala i chęć pogodzenia wody z ogniem chyba nieco twórców przerosła. Jakby nie patrzeć na samym początku miał to być „jedynie” dodatek do Black Desert Online – pierwszej gry studia Pearl Abyss. Efekt? Gra, która wielością otwartego świata i swobodą eksploracji z powodzeniem zawstydza wiele innych, głośnych przygodowych gier akcji. Jednocześnie jednak cierpi srodze przez całą masę błędów i niedoróbek.
No dobrze, ale skoro Crimson Desert spotkał się z tak mieszanym przyjęciem, to pewnie zastanawiacie się czemu w tytule naszej recenzji piszemy o arcydziele. Wbrew pozorom ta gra ma w sobie przebłysk geniuszu, nawet jeśli wykorzystała do tego całą masę najróżniejszych patentów z innych słynnych gier. Bez trudu da się tu zauważyć inspiracje Red Dead Redemption 2, serią Assassin’s Creed czy ostatnimi odsłonami legendarnego The Legend of Zelda. Niektórzy wprost mówią o Crimson Desert, że to takie znacznie dojrzalsze Breath of the Wild. Czy mają rację? Jak najbardziej tak, choć nowa gra Pearl Abyss wymaga znacznie więcej czasu, by dało się poczuć jej magię.

Niestety, w tej chwili Crimson Desert potrafi wywołać wyjątkowo skrajne emocje – od zachwytów, po rzucanie padem o ścianę z niedającej się okiełznać frustracji. Na szczęście nie są to problemy pokroju No Man’s Sky, która na swoją premierę tak naprawdę nie oferowała zbyt wiele. To raczej poziom konsolowego Cyberpunka 2077, który może i zaczął tragicznie, ale skończył jako jedna z branżowych legend. I Crimson Desert też ma taką szansę. Pytanie tylko, ile zajmie mu dojście do tej prawdziwej wielkości.

Crimson Desert – co to jest za gra?
„Koreński Wiedźmin” – choć ta nazwa już dawno temu przylgnęła do Crimson Desert, w praktyce z przygodami Białego Wilka nowa gra Pearl Abyss niewiele ma wspólnego. Niech nie zwiedzie Was zatem wywijający mieczami charyzmatyczny bohater w wielkim, otwartym świecie – tej grze do rasowego RPG bardzo daleko. I tak zamiast standardowego „zbierania” doświadczenia i odblokowywania kolejnych jego poziomów – a tym samym i przypisanych im punktów umiejętności – w Crimson Desert mamy tylko te ostatnie. Otrzymujemy je zaś za dłuższe starcia z przeciwnikami, specjalne wyzwania i zwiedzania świata, bo spora część z nich ma postać specjalnych, poukrywanych tu i ówdzie artefaktów.

W Crimson Desert nie znajdziecie też żadnych wyborów moralnych czy decyzji mogących mieć wpływ na przebieg Waszej przygody. A jeśli już pojawiają się zadania, w których wydaje nam się, że będziemy musieli dokonać jakiegoś wyboru, twórcy tak lawirują w opcjach dialogowych, że właściwie efekt tego wszystkiego jest tylko jeden – ten z góry nam narzucony. Dotyczy to też samych zadań – większość z nich przebiega dosłownie „jak po sznurku”. Większość, bo są też tu i takie, które w niczym nie przypominają typowych przygodowych gier akcji dla jednego gracza.

Kojarzycie wyzwania z gier MMO – „zabij określoną liczbę przeciwników”, „dostarcz jakiś przedmiot” albo „złów kilka ryb”? No to w Crimson Desert różnych wariacji takich zadań znalazło się całkiem sporo. Są przypisane do misji dla konkretnych frakcji i do wyzwań, które odblokowują nam artefakty. Tym ostatnim zresztą bliżej nawet do warunków odblokowywania trofeów – „ześlizgnij się ze zbocza 50 metrów w dół”, „zniszcz x chorągwi w nocy nie dając się wykryć” albo „wyeliminuj 5 przeciwników w ciągu 30 sekund używając tylko ataków wręcz”.

Naleciałości z sieciowego erpega, którym początkowo miała być ta gra, widać nawet podczas swobodnej eksploracji. Gdy chcemy na przykład przejąć jakiś pomniejszy punkt znajdujący się aktualnie w rękach wroga, nie wystarczy wybić w pień stacjonujących tam żołnierzy czy bandytów. Musimy odpierać kolejne fale aż do zmniejszenia do zera wyświetlanego na ekranie paska procentowego, mającego symbolizować obronę tego miejsca. Czy to przeszkadza w dobrej zabawie? Nie, choć po kilkudziesięciu godzinach gry może nieco nużyć, szczególnie gdy na końcu, przy przejmowaniu większych fortec może nas jeszcze czekać trudne starcie z bossem.

Pod względem samej rozgrywki Crimson Desert to taki właśnie nietypowy miszmasz – trochę tu Assassin’s Creed, trochę The Legend of Zelda, Red Dead Redemption 2 i Black Desert Online. Zwiedzamy zatem olbrzymi, otwarty świat, walczymy z przeciwnikami, odkrywamy tajemnice i wykonujemy misje. I wszystko to w dość spokojnym, nieco ślimaczym tempie, jeśli nie liczyć coraz bardziej widowiskowych starć z przeciwnikami.

Crimson Desert – ile trwa przejście gry?
Trudno zliczyć ileż to razy słyszeliśmy buńczuczne zapowiedzi twórców gier o dziesiątkach, a nawet setkach godzin zabawy w ich produkcjach. No bo co szkodzi obiecać. I Crimson Desert nie jest tu wyjątkiem, choć w jego przypadku 200, a nawet 300 godzin z nosem przy ekranie jest jak najbardziej realne. Sam wątek fabularny może zająć nam tutaj około 70-80 godzin i to w przypadku, gdy na tyle wymiatamy już na padzie, że nie straszni nam naprawdę trudni bossowie. Sam kilkukrotnie się od nich odbijałem, przez co moje „podejście” do opowiadanej historii mocno się wydłużyło. Inna sprawa to zadania poboczne, które chcąc, nie chcąc musimy wplatać w naszą rozgrywkę, by zdobyć fundusze i być może odblokować kolejne umiejętności.

Olbrzymi świat, a właściwie kontynent Pywel, skrywa tu tyle różnych tajemnic, że jeśli tylko damy się wciągnąć w swobodną eksplorację, nawet nie zauważymy, gdy za oknem zrobi się ciemno. A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Że po 30, a nawet 50 godzinach gry czujemy się jakbyśmy dopiero zaczęli odpakowywać ten niesamowicie smakowity cukierek. Crimson Desert potrafi bowiem co rusz zaskakiwać nas nowymi, nieznanymi wcześniej mechanikami. Niestety, wiąże się z tym też jedna z większych wad tej produkcji.

Zabili go i uciekł, czyli tło fabularne Crimson Desert
Jeśli spodziewaliście się narracyjnej rewolucji na miarę Assassin’s Creed Black Flag czy Resident Evil Requiem, to niestety poczujecie tu srogie rozczarowanie. Crimson Desert startuje z poziomu klasycznego „zabili go i uciekł”, a potem grzęźnie w ogromie różnych pobocznych aktywności. Początek opowieści, w której jesteśmy świadkami ataku na obóz Szarogrzywych i wybicia wielu przyjaciół naszego bohatera – Kliffa, niby jest tym mocnym akcentem, który ma nas zaciekawić, ale pozostawia nas z uczuciem sporego niedosytu. Szczególnie że odradzamy się po śmierci w dość tajemniczych okolicznościach, a gra w żaden sposób nie tłumaczy, ile czasu minęło i dlaczego dysponujemy „magicznymi” mocami.

Oczywiście, z czasem wszystkiego się dowiemy. O ile tylko będziemy w stanie sami połączyć kropki. Cała opowieść rozwija się bowiem tak wolno i jest tak mocno poszatkowana, że jeśli nie odbijemy się od gry już na wstępie, to będziemy musieli mocno się nagłowić, o co tak naprawdę tutaj chodzi. Wiele z oglądanych na ekranie scen początkowo może wręcz wydawać się bez sensu. Przykładem niech będą odkrywane podczas gry wspomnienia z przeszłości, które możemy obejrzeć dzięki zdobytemu na początku gry hełmowi Wizjon. Są one związane z konkretnym miejscem i jakąś większą historią, stanowiąc jedynie strzępki informacji, które trzeba będzie samemu sobie „ułożyć” w miarę znajdywania kolejnych.

Niestety, w Crimson Desert nie macie co liczyć na rozbudowane zadania poboczne rodem z naszego Wiedźmina 3 – z osobną linią fabularną i nagłymi zwrotami akcji. Tu misje dla frakcji i różnych rodów zasadzają się w większości na prostym schemacie – idź gdzieś, porozmawiaj z kimś, znajdź i zbadaj dokument albo przedmiot, po czym poinformuj kogoś, czego się dowiedziałeś. Oczywiście wszystko to w najróżniejszych wariacjach.

Co w Crimson Desert działa naprawdę dobrze?
Trzeba to twórcom oddać – potrafili stworzyć piękny, tętniący życiem świat, w którym na każdym kroku czeka nas jakaś przygoda. Może to być przechodzień, który postanowił dobrać się do beczki z napitkiem, porzuconego obok drogi kupieckiego wozu, rozpaczający hodowca krów, któremu bandyci porwali całe stado albo mały chłopiec, który szuka zaginionej owieczki. Mapa świata jest pełna takich niby przypadkowych spotkań. Skrywa też tajemnicze źródła mocy, które możemy namierzyć odbijając światło od swojego miecza. Czasem będą to artefakty i punkty szybkiej podróży, a czasem całkiem pomysłowe zagadki środowiskowe.


Do tego dochodzą jeszcze ukryte jaskinie, dawno zapomniane ruiny i różne, wyjątkowo malownicze miejscówki, które aż proszą o bliższe zbadanie. Pod tym względem Crimson Desert jest niczym The Legend of Zelda – do każdego domu, wieży czy wraku, które majaczą nam na horyzoncie da się dotrzeć, choć oczywiście może to oznaczać żmudne przedzieranie się przez dzikie ostępy. Ale nawet wówczas taka podróż jest niesamowicie przyjemna, bo wszystko dookoła nas tętni tu życiem. W lasach pasą się sarny, biegają zające i szopy pracze, na łąkach spotkamy koniki polne, chrząszcze i motyle, a w ruinach często będziemy mogli złapać jakiegoś pająka czy jaszczurkę.


Co tu dużo pisać – Crimson Desert to idealna gra dla fanów powolnego odkrywania sekretów zaprojektowanego świata. Szczególnie że mapa udostępnionego nam tu kontynentu jest naprawdę olbrzymia. By unaocznić Wam jego skalę, podrzucę tylko jeden niepozorny przykład – w czasie zabawy trafia nam się wyzwanie: przejedź konno z jednej prowincji do innej w czasie krótszym niż… 40 minut.

Chyba najlepsze wrażenie robi tu jednak rozbudowany system walki. Jego częścią jest nie tylko drzewko umiejętności, ale i absolutnie wyjątkowa mechanika podpatrywania. Niektóre zdolności da się bowiem odblokować bez poświęcania na to artefaktów Otchłani. Wystarczy, że zaobserwujemy ją u przeciwnika w trakcie walki albo podczas swobodnej eksploracji. Co więcej, niemal każdą zdolność da się „rozbudować”. Dzięki temu z każdą godziną gry walka staje się coraz widowiskowa, choć wymaga to jeszcze przyswojenia wcale nie tak prostej „klawiszologii”. Ale o tym za chwilę.

Wszystkie dostępne postaci – oprócz Kliffa w Crimson Desert mamy też towarzyszy – dysponują własnym drzewkiem rozwoju i kilkoma rodzajami broni. I choć inwestując w kolejne umiejętności na tę chwilę w samouczkach nie widać między nimi różnicy, twórcy już obiecali, że w kolejnej aktualizacji to się zmieni. Dlaczego? Bo każda broń ma tutaj swoje unikalne animacje ataków. Sam upodobałem sobie atak tarczą, szczególnie po wymianie ze zwykłej – okrągłej, na potężną, dębową, która kiedyś była pewnie kawałkiem kory.


Oczywiście, przy tej skali całego projektu i tak ogromnym świecie, twórcy musieli nieco się wysilić, by wypełnić go atrakcjami. Stąd cała mas najróżniejszych minigierek – od siłowania się na rękę, poprzez walki na pięści, aż po grę w papier, kamień, nożyce. Nie wszystko może nam tu przypaść do gustu, ale z pewnością stanowi miłą odskocznię od zwyczajowej eksploracji czy kolejnych starć z przeciwnikami.

W zasadzie jedyne do czego mógłbym się tutaj przyczepić to survivalowe zagrywki, typowe dla gier MMO. Mamy tu zatem ścinanie drzew na drewno i szukanie złóż metali. Ba, jest tu nawet zbieranie najróżniejszych ziół i owadów, a także polowanie na zwierzynę. Po pewnym czasie staje się to nieco zbyt żmudne, dlatego cieszyłem się, że w zasadzie większą część potrzebnych komponentów czy to na eliksiry, uzdrawiające dania czy ulepszenia broni i pancerza, z powodzeniem po prostu da się kupić. A czemu to takie ważne? Bo bez tego prędzej czy później skazani jesteśmy na szok wywołany nagłym skokiem poziomu trudności, przy pierwszym kontakcie z którymś z wielu bossów.

A co w Crimson Desert poszło nie tak?
Niestety, wkurzający bossowie to jedynie czubek góry lodowej. Twórcy twierdzili ponoć, że wystarczy wziąć na walkę 99 ziemniaków, by ciągle się lecząc, przejść każde, nawet wyjątkowo upierdliwe starcie. Cóż, nie do końca jest to prawda. Litania błędów i niedoróbek jest tu jednak znacznie dłuższa. I tak podczas walki można doświadczyć delikatnych opóźnień podczas wykonywania uników i nieoczekiwanej utraty wybranego celu. Do tego dochodzi wyjątkowo frustrujący błąd z niekończącą się wytrzymałością, który powoduje, że nasze ataki nie robią wrogom żadnej krzywdy.


Ponoć ten bug związany jest ze zmianą grywalnej postaci na któregoś z naszych towarzyszy. Przeskakiwanie między nimi wygląda trochę, jak to z GTA V, co może się podobać, szczególnie że nagle dostajemy zupełnie inny zestaw umiejętności. Niestety, wraz z nią pojawiają się dodatkowe problemy. Bo choć możemy wezwać dowolnego kompana, by pomógł nam podczas standardowej rozgrywki (misje fabularne zarezerwowane są dla Kliffa), to podczas walki zachowują się oni jak totalne ofermy. Nawet jeśli zdążyliśmy odblokować im całkiem pokaźny pakiet dodatkowych umiejętności.

Do listy problemów, które w tej chwili trapią Crimson Desert możecie doliczyć dziwne umiejscowienie punktów szybkiej podróży (choć w kolejnych łatkach twórcy zdołali już sporo poprawić), a także absolutnie absurdalne menu ekwipunku. Co z tego, że każde wykonane zadanie daje nam tu dodatkowe miejsce na przedmioty, skoro wystarczy kilka godzin, by cały nasz „plecak” został zawalony przedmiotami, z którymi nie wiadomo co zrobić. Niektórych z nich nie da się sprzedać, a inne – takie jak choćby zebrane ogłoszenia czy listy gończe –- pozostają w naszym ekwipunku, mimo iż związane z nimi zadania dawno już wykonaliśmy. Szybko idzie się w tym wszystkim pogubić.

Najbardziej o pomstę do nieba wołają jednak polskie tłumaczenie wykonane przez sztuczną inteligencję oraz sterowanie. Myślicie, że konsoli PlayStation 5 nie da się „zepsuć” obłożenia DualSense’a? No to twórcy Crimson Desert mówią na „potrzymaj mi piwo” i serwują nam tak dziwaczny system kontrolowania gry, że jego nauka zajmuje nam co najmniej kilka godzin. Touchpad do przywołania mapy? To byłoby za proste. W tej grze gładzik służy do przełączania kamery. Zmiana broni i narzędzi prostym kołem wyboru? Oj, nie ma na to szans – za dużo różnych możliwości.

To może chociaż walka przy użyciu standardowego trójkąta i kwadratu? Nie tym razem. Tu mamy szereg najróżniejszych kombinacji, które podczas starcia w wieloma przeciwnikami wymagają od naszych palców nie tylko zręczności małpy, ale też dokładnego zapamiętania każdego ciosu specjalnego. Nie raz zdarzyło mi się nacisnąć L2, które naciąga cięciwę łuku zamiast L1, którym skupiamy się na wskazywaniu przedmiotów. Co gorsze, bywały też sytuacje, gdy zupełnie niechcący wcisnąłem R3 i tym samym potraktowałem Bogu ducha winnego cywila magiczną piąchopiryną, automatycznie skazując się na ściąganie za przestępstwo.

Na szczęście twórcy już zajmują się poprawkami najpoważniejszych błędów i w momencie, gdy piszę te słowa kolejne aktualizacje są w drodze. Mamy tu jednak też całe mnóstwo pomniejszych “baboli”, które też mogą być źródłem niepotrzebnych frustracji. Przykład? Misje łowcy nagród. Nie dość, że niektórzy z nich wymagają sporej przeprawy, to jeszcze po ich złapaniu trzeba z nimi ten kawał drogi wrócić. Wystarczy jednak, że podczas galopu koń wpadnie nam w ciernie, których nie zauważyliśmy i już transportowany delikwent znika z naszego ramienia, a my musimy całą tę upierdliwą procedurę powtarzać.

Grafika Crimson Desert zachwyca i rozczarowuje
Choć przedpremierowe materiały sugerowały fenomenalną oprawę wizualną, rzeczywistość okazała się jednak dużo mniej różowa. Owszem, świat gry potrafi wyglądać zjawiskowo, kusząc niesamowitym klimatem. Wystarczy jednak przystanąć na chwilę i przyjrzeć się bliżej poszczególnym scenom, by dostrzec bardzo nierówne tekstury, problemy z oświetleniem (szczególnie w nocy) i doczytujące się w locie obiekty. Na szczęście odbiór gry ratuje bardzo dobre udźwiękowienie, świetny dubbing i wyjątkowo dobrze dobrana, klimatyczna muzyka.

Crimson Desert – czy warto zagrać?
Jak najkrócej można podsumować Crimson Desert? Geniusz ukryty pod warstwą niedoróbek i bugów. Trudno się więc dziwić dość mieszanym opiniom, które zdążyły zalać Internet. Potencjał na wielki hit jest tu jednak ogromny. I choć niektórych założeń tego projektu raczej poprawić się już nie da – nieszczęsne dziedzictwo MMO – cała reszta spoczywa teraz w rękach twórców gry. Jeśli zdołają załatać błędy, poprawić sterowanie i ulepszyć niektóre frustrujące elementy, możemy mieć kolejną produkcję, która dołączy do legend tej generacji.
Docenienie tego tytułu wymaga jednak odrobiny cierpliwości i samozaparcia, by przebrnąć przez ślamazarny początek i dać się porwać przygodzie. Bo Crimson Desert to jedna z tych gier, które najpierw potrafią solidnie zirytować, by chwilę później oczarować całą gamą niesamowitych możliwości.

Crimson Desert w wersji PS5 zakupiliśmy na potrzeby niniejszej recenzji z własnych środków.










